Cierpienie, Eschatologia, Krzyż, Śmierć

Gdy Bóg milczy

Gdy Bóg milczy: Rozważanie o cierpieniu i dobroci Boga

Bogumił Jarmulak

Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. (Rz 8,18)

I. Pytanie, które nie chce zamilknąć

Jest taka scena w powieści braci Strugackich Trudno być bogiem — jednym z tych rzadkich dzieł, które pod pozorem fantastyki naukowej dotykają głębszych pokładów rzeczywistości niż niejeden traktat filozoficzny — w której mędrzec i lekarz Budach zwraca się do człowieka, podejrzewając, że ma on moc zmieniać świat. Budach przez całe życie leczył chorych, jednocześnie obserwując, jak niegodziwcy triumfują. Był świadkiem, jak aresztowano i palono uczonych. Przez lata uciekał przed tyranami. Teraz, siedząc naprzeciwko kogoś, kto być może dysponuje środkami zdolnymi odmienić bieg historii, formułuje swoją propozycję: daj ludziom chleb i dach nad głową, a podziały między nimi same znikną. Usuń chorobę. Spraw, żeby kochali wiedzę i pracę ponad wszystko inne. Wtedy — z pewnością — świat będzie dobry.

Lecz każda z tych propozycji rozpada się pod własnym ciężarem. Daj ludziom chleb, a usuniesz sposobność do odwagi i ofiary. Usuń chorobę, a zatrzesz granicę między życiem a śmiercią, która nadaje życiu sens. Spraw, żeby kochali wiedzę ponad wszystko, a wymienisz jedną ludzkość na inną — nie ratując, lecz unicestwiając tych, których chciałeś ocalić. W końcu Budach szepcze ostatnią, najbardziej szczerą propozycję: „Zatem, Panie, zetrzyj nas z oblicza ziemi i stwórz nas na nowo, w bardziej doskonałej postaci. A jeszcze lepiej — zostaw nas w spokoju i pozwól nam iść własną drogą.”

Większość ludzi, pytając, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie, w istocie zadaje pytanie Budacha. Mogą nie formułować go tak precyzyjnie, ale jego kształt jest ten sam: Czy wszechmocny, wszechmądry i wszechdobry Bóg nie mógłby urządzić rzeczy lepiej niż to uczynił? Czy świat z mniejszą ilością nowotworów, rzadszymi trzęsieniami ziemi, w którym dzieci nie umierają przed rodzicami, nie byłby lepszy? A jeśli Bóg mógł go zaprojektować lepiej i nie uczynił tego — coś musi być nie tak. Z Jego mocą. Z Jego mądrością. Z Jego życzliwością wobec nas.

To nie jest głupie pytanie. Jest — wbrew pozorom — pytaniem najpoważniejszym z możliwych. Zasługuje na odpowiedź poważną, a nie na ucieczkę, nie na pocieszający frazes, który rozpływa się w zetknięciu z prawdziwym żalem. Marta i Maria zadały je: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł.

Hiob zadał je z kupki gnoju. Psalmista zadał je: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Pytanie jest tak stare jak wiara i Bóg — można to powiedzieć bez obawy o bluźnierstwo — nigdy nikomu nie wypomniał, że je zadał.

To, co następuje, jest próbą uczciwej odpowiedzi. Nie odpowiedzi wyczerpującej — nikt po tej stronie zmartwychwstania jej nie posiada — ale odpowiedzi prawdziwej.

II. Ukryte założenie

Zanim udzielimy odpowiedzi, musimy przyjrzeć się samemu pytaniu. W sformułowaniu „dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom” kryje się pewien obraz świata, który może sam w sobie być częścią problemu.
Ten obraz wygląda następująco: świat jest czymś w rodzaju systemu opieki społecznej, a Bóg jest jego administratorem. Poszczególni ludzie są jego klientami. Ludzie dobrzy — moralnie zasługujący — powinni otrzymywać dobre wyniki. Gdy tak się nie dzieje, system zawiódł. Administrator jest albo niezdolny do dostarczenia tego, co należne (słaby), albo nieświadomy problemu (głupi), albo niechętny do pomocy (zły). Jeden z trzech przymiotów musi być nieobecny.
Ale proszę dostrzec, co ten obraz zakłada. Zakłada, że nadrzędnym celem świata jest dystrybucja komfortu jego mieszkańcom, zgodnie z ich zasługami moralnymi. Zakłada, że indywidualne doświadczenie łatwości lub trudności jest podstawową miarą, według której należy oceniać świat. I zakłada przede wszystkim — tu leży sedno — że my, stojąc poza światem i patrząc na jego projekt, posiadamy kompetencje, by go oceniać.

Eugen Rosenstock-Huessy, filozof, który przeżył dwie wojny światowe i przez całe życie badał, co cierpienie rzeczywiście czyni z człowiekiem i z dziejami, zaproponował korektę, która przecina ten obraz jak nóż: „Nikt nie jest źródłem prawdy. Wszyscy jesteśmy tylko w metabolizmie.” Miał na myśli, że nikt nie stoi poza światem, obserwując go jak sędzia obserwuje sprawę. Jesteśmy wewnątrz niego, kształtowani przez niego, częścią procesu, który próbujemy oceniać. Pytanie „czy Bóg mógł zaprojektować świat lepiej?” zakłada punkt obserwacyjny, którego żadne stworzenie faktycznie nie zajmuje. To pytanie kogoś, kto zapomniał, że nie jest architektem, lecz gliną.

To nie jest odrzucenie pytania. Ból, który za tym stoi, jest prawdziwy, a Bóg o tym wie. Ale ból i pytanie filozoficzne to dwie różne sprawy, a obydwie zasługują na różne odpowiedzi. Na ból: tak, jest prawdziwy, lament jest właściwy i Bóg go przyjmuje. Na pytanie filozoficzne: przyjrzyjmy się bliżej, czego właściwie szukamy.

III. Do czego służy świat

Jeśli świat nie jest systemem dystrybucji komfortu, to czym jest?

Na przestrzeni wieków udzielano trzech odpowiedzi, które nie są ze sobą sprzeczne — są obliczami tej samej rzeczywistości.

Pierwsza: świat jest szkołą. Mądrości nie można ściągnąć jak plik z Internetu. Nie można jej udzielić dekretem. Trzeba ją zdobyć przez nawigację w świecie autentycznie trudnym i często niejednoznacznym — takim, w którym sprawiedliwi czasem cierpią, a bezbożni czasem prosperują, w którym wysiłek nie zawsze przynosi oczekiwaną nagrodę, w którym śmierć i strata są realne. Usuń te cechy, a nie wychowasz mądrzejszych ludzi. Wychowasz bystre dzieci, które nigdy nie były wystawione na próbę. Księga Hioba istnieje dokładnie po to, by ten punkt wyjaśnić: Hiob był już człowiekiem sprawiedliwym, a to, co Bóg z nim uczynił — przez cierpienie — nie było karą, lecz przemianą. Hiob z rozdziału pierwszego, ze swoją konwencjonalną pobożnością i wygodnymi formułami, jest człowiekiem mniejszym niż Hiob z rozdziału czterdziestego drugiego, który słyszał Boga przemawiającego z wichru i którego oczy ujrzały to, o czym dotąd tylko słyszał.

Druga: świat jest dramatem. Ma Autora, i Autor pisze tragedie i komedie. Cierpienie nie jest awarią fabuły — właśnie tam fabuła się porusza. Krzyż nie jest miejscem, w którym narracja się załamuje; jest jej najważniejszym punktem zwrotnym. Powieść bez napięcia, bez straty, bez długiego, ciemnego środkowego aktu nie jest lepszą powieścią. To w ogóle nie jest powieść. To, co nazywamy „bezsensownym cierpieniem”, jest często cierpieniem, którego sens nie został jeszcze objawiony, ponieważ czytamy środkowe rozdziały bez dostępu do zakończenia. Marta i Maria, patrząc, jak Łazarz umiera, były w środku historii, której końca jeszcze nie mogły zobaczyć.

Trzecia — i tu leży najbardziej radykalny wkład Rosenstock-Huessy’ego — świat jest krzyżem. Nie metaforycznie, lecz strukturalnie. Ludzka egzystencja jest rozciągnięta na dwóch osiach: między przeszłością a przyszłością, między życiem wewnętrznym a zewnętrznym światem, który się nam opiera. Jesteśmy ciągnięci w cztery strony jednocześnie, a to napięcie nie jest usterką naszego istnienia — jest jego formą. Dusza — głęboki wewnętrzny człowiek zdolny do miłości, ofiary, zaangażowania i mądrości — nie jest gotową substancją, która potem przypadkowo cierpi. Ona rodzi się przez cierpienie. „Dusza” — pisał Rosenstock-Huessy — „rodzi się przez bóle wzrostu cierpienia w działaniu.” Usuń napięcie krzyża, a usuniesz sam mechanizm, przez który człowiek staje się autentycznie ludzki.

IV. Dziwna miłość Jezusa

Wszystko to może brzmieć abstrakcyjnie, gdy się jest w żałobie. Zbliżmy się więc do pewnej historii.

Gdy wiadomość dotarła do Jezusa, że Jego przyjaciel Łazarz jest chory, nie ruszył w drogę. Pozostał tam, gdzie był, przez dwa kolejne dni, podczas gdy Łazarz umierał. Nie wysłał nawet posłańca z odpowiedzią do sióstr, które zwróciły się do Niego z nadzieją. I gdy w końcu dotarł do Betanii — cztery dni po pogrzebie — obie siostry powitały Go tymi samymi słowami: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł.

Nie ma sensu łagodzić tej historii. Maria i Marta posłały po Jedynego, o którym były przekonane, że może pomóc — i On nie przybył. Czekały, a ich brat umarł, i Jezus milczał i był nieobecny. Gdy w końcu przybył, przeszły już przez nadzieję, potem przez niepokój, potem przez żal i wreszcie przez to, co filozofka Eleonore Stump trafnie nazywa „ołowianą nędzą, która przychodzi, gdy zagadę nadziei trudno już negować.” Maria została w domu. Nie mogła go spotkać.
Takie jest doświadczenie wielu ludzi w zetknięciu z Bogiem pośród cierpienia. Nie tyle gniew — ile rosnące, straszliwe podejrzenie, że może jednak relacja nie była tym, czym myśleli. Może przeceniali własne znaczenie w Jego planie. Może On w końcu nie jest tym rodzajem Boga, który przychodzi.

To, co nastąpiło potem, to nie tylko wskrzeszenie Łazarza — choć ono nastąpiło. To przemiana samej Marii. Przyszła do Jezusa w rozpaczy i upadła u Jego stóp, płacząc — i w końcu dotarła do zupełnie innej postawy: namaszczając Jego stopy kosztownym olejkiem, ocierając je swoimi włosami. Między płaczem a namaszczeniem leży zmartwychwstanie jej brata — ale więcej niż to: leży przemiana samej Marii. Prosiła o uzdrowienie i otrzymała zmartwychwstanie. Chciała brata z powrotem i otrzymała głębszą znajomość Jezusa, niż miała wcześniej. Chciała pocieszenia i otrzymała dojrzałość. Jej wiara — prawdziwa, ale niesprawdzona — przeszła przez dolinę cienia śmierci i wyszła z drugiej strony jako miłość: głębsza, kosztowniejsza, bardziej wiedząca.

Jezus jej nie zawiódł. Kochał ją w sposób, dla którego jeszcze nie miała nazwy. Jego opóźnienie nie było obojętnością — było ową dziwą, wymagającą, twórczą miłością, która nie tylko odpowiada na potrzebę, lecz pracuje, by dać nam to, czego jeszcze nie potrafimy sobie wyobrazić, że chcemy. Jest to miłość, którą Ewangelia Jana nam nieustannie ukazuje: miłość, która z wnętrza historii wygląda jak nieobecność — i okazuje się najobecniejszą rzeczą na świecie.

V. Trudno być bogiem

Lecz co to oznacza dla Tego, który nie interweniuje natychmiast? Czy Bóg po prostu patrzy, niezruszony, podczas gdy cierpimy?

Bracia Strugaccy — ateści, którzy mimo to kochali Ewangelie, co Boris wyznał wprost w jednym z wywiadów — dali nieoczekiwaną odpowiedź na to pytanie. Ich bohater Rumata, osadzony w średniowiecznym społeczeństwie ogarniętym barbarzyństwem, posiada niemal nieograniczoną moc w stosunku do otaczających go ludzi. Mógłby powstrzymać mordy. Mógłby obalić tyrana. Nie może — nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że interwencja ominęłaby właśnie ten wewnętrzny rozwój, który tamci ludzie muszą przejść sami. Patrzy, jak giną ci, których pokochał. Cierpi z tego powodu. Powstrzymuje się ze wszystkich sił. I w pewnym momencie ciężar tego, czego jest świadkiem, daje mu tytułową myśl powieści: Trudno być bogiem.

Boska powściągliwość to nie boska obojętność. Bóg, który nie uzdrawia natychmiast, nie ratuje natychmiast, nie odpowiada natychmiast — nie jest odległy. Jest obecny, niosąc ciężar własnej cierpliwości, powstrzymując coś, co przedwcześnie uwolnione dałoby niewłaściwą pomoc w niewłaściwym momencie. C.S. Lewis, pisząc w surowej żałobie po śmierci żony, czuł, że Bóg zatrzaśnął mu drzwi przed nosem. Nie zrewidował swojej teologii — zrewidował swój obraz Boga: z pocieszającej obecności na Chirurga, którego pozorna surowość jest surowością stołu operacyjnego — co nie jest surowością wcale, lecz najbardziej skupioną formą troski.

Krzyż Jezusa jest ostateczną odpowiedzią na to pytanie. Bóg nie oszczędził własnego Syna. Nie interweniował ani w Getsemani, ani na Golgocie. Patrzył — a to, co z wnętrza tamtej historii wyglądało jak opuszczenie (Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?), okazało się zawiasem całej historii. Powciągliwość nie była słabością. Była miłością działającą na swoim najgłębszym poziomie, osiągającą to, czego żadna natychmiastowa interwencja nie mogłaby osiągnąć.

VI. Krzyż w sercu rzeczy

Prowadzi nas to do najtrudniejszego, lecz zarazem najważniejszego punktu.

Krzyż nie jest tylko wydarzeniem, które miało miejsce raz, za murami Jerozolimy, dwa tysiące lat temu. Jest — jak Rosenstock-Huessy dowodził przez całe swoje życie — strukturą samej rzeczywistości. Formą, jaką ludzka egzystencja przyjmuje zawsze, gdy jest autentycznie żywa. Jesteśmy zawsze rozciągnięci między przeszłością a przyszłością, między tym, co winniśmy tym, co byli przed nami, a tym, co jesteśmy powołani zbudować dla tych, co przyjdą po nas. Jesteśmy zawsze rozciągnięci między naszym życiem wewnętrznym a zewnętrznym światem, który nam się opiera. To napięcie nie jest błędem. To właśnie tak czuje się stworzenie przeznaczone do chwały, żyjące w świecie, który wciąż staje się tym, czym zostało powołane być.

Pawłowi nie chodziło tylko o słowa, gdy pisał do Rzymian. Miał za sobą biczowania, rozbicie okrętu, więzienie. Z tego doświadczenia, nie z wyższej uczelni, wyszły słowa, które są może najdokładniejszym opisem naszego położenia pośrodku historii: Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również wzdychamy oczekując przybrania za synów — odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy. (Rz 8,22–25)

Bóle porodowe są realne, ale są bólami rodzenia, nie umierania. Całe stworzenie jest pośrodku — między „już” a „jeszcze nie.” To nie jest błąd projektu. To jest świat w trakcie porodu i każdy poród jest bolesny i każdy poród ma swoje zakończenie.

Cierpienie, z tej perspektywy, nie jest przerwaniem wygodnej egzystencji. Jest formą, jaką krzyż przyjmuje w twoim konkretnym życiu, w twoim konkretnym momencie historii. Pytanie nie brzmi, czy będziesz na nim wisiał — każdy wisi — lecz czy to zawiśnięcie cię ukształtuje, czy zniszczy. A odpowiedź na to pytanie nosi jedno imię: zmartwychwstanie.

Bez zmartwychwstania cały ten wywód się wali. Bracia Strugaccy — piszący bez zmartwychwstania — stworzyli opowieści o wielkiej powadze moralnej i głębokim ludzkim wglądzie, lecz kończące się tragedią. Załamanie Rumaty, nieporadna modlitwa Rudego przed Złotą Sferą — to teodyceja bez Wielkiej Nocy. To Ewangelia Jana, bez czterdziestego czwartego wersetu, rozdział jedenastego. To Maria płacząca przy grobie — i żaden głos nie wywołuje Łazarza.

Chrześcijańskie wyznanie nie mówi, że cierpienie ma sens, ani że jest skrycie przyjemne, ani że powinieneś przestać się smucić. Chrześcijańskie wyznanie mówi: grób jest pusty. Że Ten, który patrzył, jak umiera Jego przyjaciel, i płakał przy grobie, jest również Tym, który powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Że cierpienie jest realne i miłość jest realna, i ostatnie słowo nie należy ani do cierpienia, ani do milczenia — lecz do głosu, który wywołuje umarłych po imieniu.

VII. Postawa, która przyjmuje odpowiedź

Trzeba powiedzieć jeszcze jedno i może to jest kwestia najbardziej praktycznie istotna.

Pytanie „Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?” zadawane jest najczęściej z określonej postawy: postawy obserwatora stojącego poza sytuacją, oceniającego ją, żądającego rozliczenia. Jest to zrozumiała postawa, gdy jest się w bólu. Jest też — jak powiedziałby Rosenstock-Huessy — postawą, która uniemożliwia przyjęcie tego, czego cierpienie ma nam dać.
Jego najbardziej znana formuła brzmi: respondeo etsi mutabor — „odpowiadam, choć zostanę przemieniony.” Przeciwstawił ją kartezjańskiemu cogito ergo sum — bo kartezjańska postawa to postawa zdystansowanego obserwatora, który przetwarza świat z bezpiecznej odległości i wydaje o nim wyroki. Postawa responsywna jest inna: zwraca się ku temu, co się dzieje, angażuje się w to i z góry przyjmuje, że to zaangażowanie ją zmieni. Cierpienia nie zarządza się z zewnątrz. Wchodzi się w nie — i wychodzi się odmieniony.

Właśnie to uczyniła Maria, gdy w końcu przyszła do Jezusa, mimo wszystko. Nie rozwiązała swoich pytań przed przyjściem. Przyszła z pytaniami bez odpowiedzi, z żalem nienaruszonym i upadła u Jego stóp. To właśnie uczynił Rudy — bohater Pikniku na skraju drogi — przed Złotą Sferą, gdy wyczerpały mu się argumenty i wymówki i wreszcie powiedział: „Zaglądnij w moją duszę i sam rozgryź, czego pragnę, bo wiem, że nie może być złe.” Ten moment — nieporadny, zrozpaczony, uczciwy — jest bliższy prawdziwej modlitwie niż wszystkie jego wcześniejsze kalkulacje. Jest modlitwą Psalmu 139: Zbadaj mnie, Boże, i poznaj moje serce. Doświadcz mnie i poznaj moje myśli. I patrz, czy jestem na drodze nieprawości, i prowadź mnie drogą odwieczną.

Odpowiedź na pytanie „Dlaczego zdarzają się złe rzeczy?” nie jest, w ostatecznym rozrachunku, argumentem filozoficznym. Jest zaproszeniem do określonej postawy: nie sędziego, lecz człowieka u stóp Jezusa — płaczącego, skonsternowanego, któremu skończyły się wyjaśnienia — i wciąż obecnego.

VIII. Trzy rzeczy, które możesz uczynić ze swoim cierpieniem

Jeśli teraz niesiesz cierpienie, oto trzy konkretne wskazania, które wynikają z całości tej refleksji.

  • Lamentuj uczciwie. Pismo Święte zawiera całą księgę lamentów — Lamentacje — którą Bóg zachował w kanonie. Psalmy pełne są wołań: Dokądże, Panie, i: Czemu zapomniałeś o mnie i łzy są moim pokarmem dniem i nocą. Maria powiedziała Jezusowi: Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł — i nie skarcił jej. Zapłakał z nią. Masz prawo powiedzieć Bogu dokładnie to, co myślisz. On nie jest kruchy i nie jest zaskoczony i nie kocha cię mniej za szczerość. Stłumiony lament to nie wiara — to rodzaj niewiary podszywającej się pod siłę.
  • Odpowiadaj, zamiast obserwować. Pokusa, gdy przychodzi cierpienie, to cofnięcie się od niego — analizowanie go, zarządzanie nim, żądanie, by miało sens, zanim w ogóle się w nie zaangażujesz. To postawa, która uniemożliwia formację. Alternatywą jest respondeo: zwróć się ku niemu, pozwól sobie w nim być, niech zrobi to, do czego zostało przeznaczone. Nie oznacza to, że przestajesz szukać uzdrowienia, modlić się o ulgę ani walczyć z tym, z czym można i należy walczyć. Oznacza to, że pośród tego wszystkiego zachowujesz postawę człowieka gotowego zostać zmienionego przez to spotkanie. Maria została zmieniona. Dotarła do namaszczenia, którego nie mogłaby sobie wyobrazić na początku historii.
  • Przychodź do Stołu Pańskiego. Wieczerza Pańska jest praktyką, którą Bóg dał Kościołowi właśnie na tę sytuację. Nie wyjaśnia cierpienia. Nie sprawia, że jest bezbolesne. To, co czyni, to umieszcza twoje cierpienie wewnątrz ciała Chrystusa — wewnątrz historii ziarna, które wpada w ziemię i umiera, i krwi, która jest wylana, i życia, które przychodzi z drugiej strony. Jest to praktyka mówienia: Nie rozumiem, lecz jestem tutaj i jem, piję i czekam na poranek. Przychodź do Stołu nawet wtedy — zwłaszcza wtedy — gdy nie masz na to ochoty. Eucharystia nie jest nagrodą dla tych, którzy rozwiązali swoje pytania. Jest chlebem na podróż przez dolinę.

Pytanie, które zadajesz, jest jednym z najstarszych i najpoważniejszych pytań w historii ludzkości. Nie zostanie w pełni odpowiedziane w tym życiu — i każdy, kto twierdzi inaczej, albo nie rozumie pytania, albo nie rozumie życia.
C.S. Lewis zaproponował kiedyś obraz, który może być pomocny: „Wyobraź sobie samego siebie jako żywy dom. Bóg przychodzi, aby go przebudować. Z początku może rozumiesz, co On robi — oczyszcza drenaż, uszczelnia przeciekające dachy. Wiedziałeś, że wszystko to było potrzebne, więc nie jesteś zaskoczony. Aż tu nagle zaczyna z domem wyczyniać rzeczy bardzo bolesne i z pozoru bezsensowne. Co też On najlepszego wyczynia? Rzecz w tym, że buduje zupełnie inny dom niż sobie wyobrażałeś — tu dobudowuje nowe skrzydło, tam dodaje piętro, wznosi wieże, wytycza dziedzice. Myślałeś, że zostaniesz przebudowany na przyjemną chatkę — a On buduje pałac. Zamierza sam się sprowadzić i w tobie zamieszkać.”

Maria chciała uzdrowienia chorego brata. Otrzymała pałac.

I kiedyś — po tej stronie, której jeszcze nie możemy zobaczyć — spełni się to, co Jan usłyszał: I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. (Ap 21,4)

Łzy były realne. Grób był realny. Właśnie dlatego ich zniknięcie jest dobrą nowiną, a nie tylko korektą błędu. „Pierwsze rzeczy przeminęły” — to zdanie mówi, że istniały.

Jest Bogiem, który przychodzi spóźniony i wywołuje umarłych po imieniu — i nie skończył jeszcze z tobą.